niedziela, 9 listopada 2014

Witam

Ostatnio modnym sposobem na wybicie się jest tworzenie blogów modowych, z przepisami, makijażem itp - czyli tak zwany lifestyle blog.
Jestem ostatnią osobą może dawać jakie kol wiek lifestylowe rady. Jestem studentką i już tego nienawidzę (zaczęłam w październiku) do tego pracuje na stacji benzynowej (prestiż że ja pier*beep*), pije alkohol kiedy mam tylko okazję czyli jestem studenckim alkoholikiem, pale świństwo zwane papierosami, maluje się codziennie ale i tak wyglądam strasznie (chce dobrze ale wychodzi jak zwykle), nie umiem pisać sensownego tekstu (to się jeszcze tutaj ujawni), nie mam na nić cierpliwości, nie jestem na żadnej diecie (po co mi to), jak gotuje to dużo eksperymentuje i jak wyjdzie to wyjdzie a potem i tak nie pamiętam jak to zrobiłam, nie ubieram się jakoś specjalnie i przy moich znajomych wyglądam jak wieśniara, jestem forever alone, mój gust muzyczny zapewne nikogo by nie zaskoczył czyli suma sumarów jestem szarym człowieczkiem.
Jak tak sobie dopier*beep* to się zastanawiam po co założyłam tego bloga :)

Zobaczymy jak to się wszystko skończy - pewnie źle bo to moje życie :)

Może na wstępie napiszę fantastyczną historię - czyli taką jaką zawsze mam w zwyczaju opowiadać.
Wczoraj próbowałam się położyć jak najszybciej jak się da żeby być w stanie ruszyć dupsko z łóżka o 4:30 i iść do pracy na 6:00, ale moja niesamowita sąsiadka którą kocham z całego serca pomyliła o 2 w nocy mieszkania (nie wiem jakim cudem, po jakiś ch*beep* wiszą te numerki na drzwiach) i zaczęła dobijać mi się do mieszkania, gdy się zorientowała że to nie te drzwi to rozpoczęła walkę ze swoimi i komentowała wszystko ze swoim chłopakiem(?)/mężem(?) czy ch*beep* wie kim, niby nic gdyby nie fakt że nadawali tak głośno że byli w stanie mnie obudzić, wyciągnąć mnie z łóżka i wkurwić. Do pracy poszłam nie wyspana i zła, na szczęście w pracy nie było tak źle (niedziela czyli było w miarę pusto) co nie zmienia faktu że i tak paru klientów mnie wnerwiło (łatwo mnie zdenerwować). Po pracy postanowiłam kupić wino które polecały mi koleżanki z pracy na rozluźnienie. W domku zaczęłam zastanawiać się co by tu zjeść (nie wspominam o mojej walce z korkiem od wina) i wpadłam na fantastyczny pomysł przygotowania piersi kurczaka a winie (w końcu niedziela czyli na bogato), poszukałam jakiś przepisów w internecie które nie uwzględniały mojej studenckiej biedoty. Nie pozostało mi nić jak improwizować - przed chwilą zjadłam obiad i powiem szczerze że bardzo dobry.

Użyłam: ryżu ale myślę że z makaronem też by pasowało, pół szklanki pół słodkiego wina, pół szklanki wody ale proponuje mniej bo wyszedł troszkę wodnisty, pół piersi kurczaka (tak na prawdę pierś kroiłam na oko tyle ile zjem),koncentrat pomidorowy, ząbek czosnku bo akurat w domu był ale bez nic się nie stanie i przypraw jakie miałam (przyprawa do kurczaka, bazylia, zioła prowansalskie, pieprz, sól, liść laurowy)

Wykonanie: obtoczyłam kawałki piersi w przyprawie do kurczaka i podsmażyłam razem z posiekanym czosnkiem, w między czasie nastawiłam ryż, do podsmażonej piersi wlałam wino, wodę i dodałam 2/3 łyżeczki koncentratu, dodałam przyprawy i zostawiłam na małym ogniu z dobre 15 minut (zdążyłam założyć bloga i spalić papierosa). Gdy wszystko było gotowe i smakowało zjadliwie, to po prostu zjadłam, nie zrobiłam zdjęcia bo...nie zrobiłam.

Teraz pytanie za milion dollarów po co ja to pisze ?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz